|
Czy kolekcjonerska pasja może być chorobą?
Oczywiście, że tak. To obsesyjna potrzeba zdobywania
kolejnych egzemplarzy . To jest tak, że gdzieś jadę
i napotykam samochód, który się rozpada i nie
zastanawiam się czy mam miejsce gdzie go będzie
można postawić. To nie jest racjonalne działanie,
więc jest to, było nie było, rodzaj uzależnienia, a
wiec jednak choroba. Jestem już trzecim pokoleniem
zbieraczy i chyba mam to w genach. Zaczęło się od
pradziadka, powstańca śląskiego, któremu wojna
zabrała wszystkie zbiory biblioteczne. W rodzinie
zawsze było mnóstwo ludzi, którzy zajmowali się
dziwnymi rzeczami. Brat mojej babci hodował kwiaty,
miał w Piotrowicach jedną z pierwszych kwiaciarni.
Udało mu się wyhodować czarną różę, co jak wiadomo z
legendy sprowadza nieszczęście. Jemu też nie
przyniosło to szczęścia, bo zaraz potem poszedł na
front wschodni i już nie wrócił. Mój ojciec z kolei
był bardziej zaangażowany w sprawy związane z
historią motoryzacji a ja to jedynie kontynuuje.
Fascynują też pana Piotrowice. Stąd pomysł „Muzeum
historii Piotrowic i okolic”.
Od pokoleń jesteśmy związani z Piotrowicami, wiec
jest to rodzaj lokalnego patriotyzmu. Lubię
podróżować ale zawsze wracam chętnie do mojej małej
ojczyzny. Wydaje mi się, że trzeba coś zrobić aby
zdjęcia, dokumenty, czyli rzeczy, które leżą na
strychach nie lądowały, prędzej czy później, na
śmietniku. Niestety muszę powiedzieć, że mój apel do
Piotrowiczan spotkał się z niewielkim odzewem a
przecież świetnie by było gdyby takie miejsce
powstało, gdzie Piotrowiczanie mogliby gromadzić
pamiątki i być dumni ze swojego „miejsca na ziemi”.
Jest pan zdania, że to nie my kolekcjonujemy
przedmioty tylko one nas.
Jestem o tym głęboko przekonany, ale nie mam na to
naukowych dowodów, tylko „życiowe” i to nie tylko
moje, ale także moich znajomych. Myślę, że z
przedmiotami jest jak z ludźmi, rozchodzą się żeby
kiedyś się spotkać. I tak stary porcelanowy serwis,
który w zawierusze wojennej poszedł w tzw. rozsypkę,
często po latach trudem kolejnych kolekcjonerów na
powrót stanowi komplet. To samo dotyczy samochodów.
Nie rzadko silnik, który przed laty „rozstał” się z
karoseria, po latach wraca na swoje miejsce. Wiele
takich historii opisuję na stronie internetowej
mojego muzeum (www.oldtimers.witaj.pl).
Ostatnia przygoda dotyczy olbrzymiego projektora do
dagerotypów nabytego na targu staroci. Kiedy
przywlokłem go do domu zapytałem sam siebie, na co
mi coś takiego. Jakiś czas później poszedłem do
kolegi i opowiadam mu o tym gracie a on na to, że
świetnie, bo ma dagerotypy, a nie ma ich na czym
wyświetlać. I znowu przedmioty spotkały się po
latach i potwierdza się teza, że nie my
kolekcjonujemy przedmioty ale one nas.
Czy z kolekcjonerstwem nie jest tak, że najbardziej
pasjonujące jest samo szukanie i przygoda, jaka temu
towarzyszy?
Ale tak jest chyba ze wszystkim co stanowi sens
naszego życia. Najważniejsza jest droga do celu, a
spełnienie marzenia to zaledwie początek kolejnego.
Niestety okres romantyczny w kolekcjonerstwie
samochodów mamy już za sobą. Niewiele pozostało
tajemnic do odkrycia. Kiedyś naprawdę szukało się
samochodów po szopach i stodołach. Ja o każdym moim
aucie jestem w stanie powiedzieć, kto je
zaprojektował, wyprodukował, wymienię jego słabe i
mocne punkty, a nawet, w jakim filmie nim jeżdżono.
Samochody współczesne nie maja już duszy, one musza
jedynie spełniać warunki bezpieczeństwa i posiadać
jak najmniejszy współczynnik oporu powietrza. Czasy
gdy liczył się designe samochodu, jego nie
powtarzalna forma już dawno minęły. Kiedyś samochody
były projektowane przez artystów, z rozmachem, jak
dzieło sztuki. Samochodów wyprodukowanych już w
latach 80 nikt nie będzie traktował jako czegoś
godnego kolekcjonowania. Chyba, że będzie to
samochód związany z jakimś sławnym człowiekiem, tak
jak to miało ostatnio miejsce z samochodem papieża.
Jeden z eksponatów w Muzeum to prawdziwa jeżdżąca
historia Polski Ludowej. Proszę opowiedzieć o Zile
111.
Co się dzieje z rzeczami, których było dużo? Nikt
ich nie szanuje. Natomiast inaczej jest z produktami
limitowanymi. Jeżeli Rolls Royce wyprodukował
dziesięć sztuk danego modelu, to te dziesięć
samochodów jest zachowanych. I tak jest z tym Ziłem.
Wyprodukowano ich w sumie 11, dla wszystkich
bratnich narodów. Jeździł nim Gomułka, Gierek,
Breżniew, Żiwkow, de Gaulle i Jan Paweł II podczas
pierwszej wizyty, ale tylko na lotnisku, bo później,
przy wizycie z wiernymi poruszał się specjalnie
przystosowanym Starem, którego notabene też
próbowałem znaleźć. Niestety okazał się być już
pocięty i przerobiony na żyletki. Natomiast z
poszukiwaniem tego samochodu była prawdziwa
przygoda. Był on ukryty wraz z innymi cenniejszym
pojazdami służącymi prominentom tamtego ustroju, w
wojskowym hangarze strzeżonym dzień i noc. Właściwie
oni nawet nie wiedzieli czego pilnują. Po wielu
zabiegach samochód udało się zdobyć, ale to już
temat na długą kolekcjonerską rozmowę. Nasz Zil stał
gdzieś w samym końcu tego hangaru, kapała na niego
woda, więc kiedy go znaleźliśmy był trochę
przegnity, ale zachował swoja oryginalność i klasę.
To rzeczywiście samochód, który gdyby potrafił mówić
opowiedziałby nam nie jedną świetną historię, ale i
bez tego zdradził nam kilka tajemnic (kiedy
rozpoczęliśmy renowacje znaleźliśmy w drzwiach kilka
pustych butelek po trunkach, którymi raczyli się
panowie sekretarze). Niestety nie udało się znaleźć
innych właścicieli tej marki i typu. Jedyny ślad
prowadzi na Kubę, gdzie prawdopodobnie w garażach
Fidela Castro stoi jeszcze jeden ZIL 111 w Wersji D.
Cóż, jak trzeba będzie pojedziemy na Kubę, bo póki
co, Castro nie odpowiedział na nasze listy. Może
trzeba poczekać..., to hobby uczy cierpliwości.Tej
cierpliwości życzę sobie też w tworzeniu muzeum
Piotrowic. Mam nadzieje, że wiosna ożywi aktywność
naszych współmieszkańców i zacznie przybywać
eksponatów,
które świadczą o historii naszej dzielnicy.
Zapraszam wszystkich do zwiedzania Muzeum
Motoryzacji i namawiam do współpracy przy
organizacji muzeum Piotrowic. |